CO DAJEMY NASZYM DZIECIOM...

Minęły Święta, przyszedł Nowy Rok, a tuż za nim (przynajmniej w województwie mazowieckim) przyszły ferie. 
W tym roku uzbierało się dużo wolnego dla naszych dzieci, niektórzy z nas też mogli pozwolić sobie na jakoś formę wypoczynku np. krótki, rodzinny „wypad”, czy dłuższy wyjazd. Niektórzy nie mogli sobie pozwolić na urlop, ale dzielnie próbowali zapewniać dzieciom jakieś atrakcje. Czy my, nasze pociechy, mogliśmy się szczęśliwie „oddać feriom”, czy mieliśmy ten czas skrócony zmaganiem z jakimiś infekcjami? Wiemy, że bywa różnie… W tym roku pogoda często sprzyjała właśnie różnym choróbskom, ale my niejednokrotnie, też się do nich przyczynialiśmy.

Chciałam się z Wami podzielić moimi wrażeniami „pogrudniowymi”, dotyczącymi tego, co dzieje się w szkołach, a wcześniej też w przedszkolach, do których, ufnie, prowadzimy nasze dzieci.  Nie wiem jak to nazwać, ale chyba określenie: „psychiczne zmęczenie” trochę oddaje stan, którego co roku doświadczam „okołoświątecznie” patrząc, czym zostają obdarowywane nasze dzieci (zresztą - za nasze pieniądze). Rozumiem, że w Mikołajki to już KONIECZNIE MUSI być czekoladowy Mikołaj (zawsze mam nadzieję, że będzie jak najmniejszy i, że moje dzieci wchłoną jak najmniej tej tandetnej czekolady, bo musi im starczyć zdrowia na kolejne dni…, gdyż przed nimi jeszcze długa antyzdrowotna batalia..), ale czy potem też MUSI być podobnie – na jedno kopyto…?  Rekordy w opływaniu cukrem i czekoladą, biją chyba jednak klasowe Wigilie.
No właśnie, to jest chyba kluczowe pytanie – czy tak być musi? W końcu to każdy z rodziców daje składki członkowskie, więc współdecyduje jak zostaną wykorzystane.

Gdy mój starszy syn był malutki i zaczął chodzić do przedszkola, pierwsze Mikołajki i spotkanie z Mikołajem były dla mnie wielkim szokiem. To znaczy, miałam świadomość, że w przedszkolach od słodyczy się nie stroni, ale to co zobaczyły moje oczy, przeszło moje najśmielsze oczekiwania.
 Nie wiem, czy tak było wszędzie, mieszkaliśmy wtedy na warszawskiej Pradze, gdzie świadomość zdrowotna chyba nie jest zbyt wysoka (oczywiście jest to duże uogólnienie, które zawsze jest krzywdzące), w każdym razie w paczce było „pół Wedla”, pod różnymi postaciami i naprawdę w takich ilościach, że nie wiem jak może to przyswoić (nawet po wydzielaniu porcjami) malutkie dziecko, bez uszczerbku na zdrowiu (czy to „na ostro” – u wrażliwszego – w formie infekcji, czy „na przewlekle” – u każdego).
Przez kilka lat, głównie w czasie zebrań, próbowałam uświadomić innym rodzicom, że można inaczej, bardziej kreatywnie spożytkować nasze pieniądze, ale skłonni do zmian byli bardziej pracownicy przedszkola, niż rodzice, którzy przecież „nie będą dzieciom żałować czekolady”, więc zbyt wiele zdziałać nie mogłam. W szkole spotkałam się ze światlejszym podejściem, więc może nie czułam się już jak samotny, błędny rycerz, ale do przekroczenia utartych schematów też była daleka droga.

 Generalnie poczułam się wypalona w tym temacie, więc gdy zmieniliśmy miejsce zamieszkania i synowie zmienili szkołę, nie byłam już taka „waleczna”. (Choć muszę przyznać, że w drugiej szkole spotkały nas, w tej kwestii, różne: i pozytywne i negatywne zjawiska, ale o tym może napiszę kiedy indziej.)
W każdym razie, w tym roku podeszłam do klasowych Wigilii naszych synów „sztampowo”. Asertywnie sobie powiedziałam: jestem psychodietetykiem i lubię to co robię, więc jeśli ktoś przychodzi do mnie, na gruncie zawodowym, po pomoc (jest to ktoś świadomy, czegoś szuka…) to jestem do dyspozycji, zaś jako mama i uczestnik klasowego zebrania, nie mam już ochoty się wychylać, (a przy tym miałam dostatecznie dużo osobistych spraw i trosk na głowie, by jeszcze szukać kolejnych i w dodatku „uszczęśliwiać kogokolwiek na siłę”).  Zresztą, już w przedszkolu miałam opracowany „plan B”: jeśli dzieci będą miały najmniejszy katar tego dnia – organizuję im coś fajnego, alternatywnego i nie idą do szkoły, więc nie zjedzą tych słodyczy… 
  Pierwsze było zebranie młodszego syna i już miałam ugruntowane w sobie powyższe stanowisko. Jednak „los chciał inaczej”…  Otóż, na forum klasowym jedna z mam zaproponowała, by nie kupować słodyczy, lecz samodzielnie coś upiec i dodała: „będzie taniej i zdrowiej”.  Przyznam, że już miałam bardzo napięty przedświąteczny grafik i nie było mi to „po drodze”, ale poczułam, że nie mogę zdezerterować, nie mogę nie poprzeć kobiety, która chce zmieniać coś „in plus” i innych do tego zaprasza. Napisałam wtedy na forum dłuższą wypowiedź – popierając ją – jako mama i jako psychodietetyk. Po moim mailu – „waleczna mama” jeszcze napisała: „kto jest za, a kto przeciw – dyskusja na forum mile widziana” i potem… cisza. Trochę poczułam jakby role się odwróciły – teraz to inni nie mieli odwagi szczerze napisać swojego zdania, a ci, którzy uważali to za słuszne, domyślam się, mieli podobny dylemat co ja wcześniej – zmęczenie, zabieganie, zbyt duże, by brać sobie coś jeszcze na głowę. Nie będę Was już dalej zanudzać szczegółowym biegiem zdarzeń. Ważne, że wszyscy usłyszeli temat, bo na zebraniu – wiadomo, też wszyscy się spieszą… często nie ma przestrzeni, by usłyszeć coś „bardziej”.
 W mailu mogłam wypowiedzieć się spokojnie, oczywiście bez oceniania, czy osądzania czegokolwiek, kogokolwiek (z dużym zrozumieniem przemęczonych mam w tych zwariowanych czasach), jednak przedstawiając swoje odczucia – też przede wszystkim jako mama.
Pomalutku – kroczek po kroczku – to zaowocowało. Skutek: w klasie mojego młodszego syna urządziłyśmy wspaniałą Wigilię. Gdy zobaczyłyśmy nasze dzieło, to wszystkie stwierdziłyśmy, że warto było. Ja np. upiekłam dużą, gryczaną babę z migdałami i zrobiłam owocowe jeżyki, jedna z mam kupiła amarantuski itd. Mój syn, z przejęciem, opowiadał mi potem, jak wszystkie dzieci chciały spróbować kawałek mojego ciasta. On umie ubarwiać, wszystkie ciasta wyglądały świetnie, ale nie powiem – było mi miło. Niedługo zebranie w szkole, to jeszcze „wzmocnimy” ten kierunek – tak na przyszłość. Choć, gdyby nas opisać tego dnia, kiedy szykowałyśmy tę ucztę: kilka z nas – tłuste włosy, twarze obrazujące stres, bez makijażu, jakby nas – dosłownie – ktoś przez wyżymaczkę przepuścił. Ja spóźniłam się z tym ciastem (uciekły mi dwa autobusy), myślałam, że dotrę już w trakcie, ale wszystko się opóźniło, bo okazało się, że był na trasie jakiś potężny korek… słowem: widać było, że przygotowanie klasowej Wigilii, w ostatni dzień szkoły – wszystkie nas bardzo wiele kosztowało (za rok te obowiązki  inaczej sobie rozplanuję). A jak Wigilia u starszego syna? Gdy zobaczyłam co on z niej przyniósł – zrobiło mi się przykro: jakieś farbowane, żelatynowe węże, na widok których robi mi się niedobrze (wiem, że jestem przewrażliwiona, ale rzeczywiście wywołują we mnie dosłownie obrzydzenie, w przeciwieństwie do żywych gadów) i tym podobne „cuda” – oczywiście w ilości oszałamiającej. Mój syn jest przekorny i choć lubi moją kuchnię, często chce jeść to, co jedzą koledzy, więc nie stroni od słodyczy, ale widziałam, że gdy słuchał opowieści i wrażeń młodszego brata, jemu też było przykro. To doświadczenie dało mi  na nowo siłę, by jednak – delikatnie, ale stanowczo, wypowiedzieć się też na drugim zebraniu. W tamtej klasie – tworzymy wszystko od nowa, do klasy starszego syna przybyliśmy, gdy ona już istniała, znała się, więc jest mi  trudniej zmieniać zwyczaje, ale naprawdę poczułam, że warto chociaż spróbować.

Może ktoś z Was pomyśli, że robię coś wielkiego ze zwykłej, klasowej Wigilii, ale ja myślę, że to wcale nie jest mało ważne. Nie tylko chodzi o to, że szkodzimy zdrowiu naszych dzieci (mam wrażenie, że w czasie grudniowym niekontrolowany i bezsensowny przepływ słodyczy, powala nawet najbardziej liberalne poglądy i limity w tym zakresie), ale też sami robimy z nich bezmyślnych i bezkrytycznych konsumentów, uczymy ich „bylejakości” , bo sami ją uprawiamy. 


1 komentarzy:

 

Współpracujemy z

:)

ORVITA